Edukacja i rozwój

Swojska twarz dżihadu

Fascynacja radykalnym islamem dotyczy coraz częściej rodowitych Europejczyków: młodych, wykształconych, z wielkich miast.

Za taki stan rzeczy odpowiadają w głównej mierze salafici – najbardziej radykalny odłam islamu, nawołujący do powrotu do korzeni religii proroka Mahometa i postulujący ustanowienie prawa szariatu w jego najostrzejszej odmianie. Najlepiej pod każdą szerokością geograficzną. To ci, którzy interpretują Koran przede wszystkim jako nakaz bezwzględnej wojny z niewiernymi. Co gorsza, są oni dziś obecni właściwie w każdym państwie zachodniego kręgu cywilizacyjnego. Skuteczni, dobrze zorganizowani i na tyle przekonujący, że coraz częściej wygrywają walkę o rząd dusz młodych, gniewnych Europejczyków. A dalej jest już tylko bilet na Bilski Wschód albo „święta wojna” tutaj, na Starym Kontynencie.

Przyciąganie odrzuconych
Wszelkie dostępne statystyki pokazują wyraźnie, że liczba salafitów w Europie rośnie w zaskakująco szybkim tempie. Naturalną bazą i terenem łowieckim dla islamskich radykalnych agitatorów są skupiska ludności muzułmańskiej bądź też osób pochodzenia muzułmańskiego, którzy w większości żyją cały czas wyobcowani z zachodnich społeczeństw, izolujący się, niepotrafiący albo wręcz nie chcący zadzierzgnąć z „miejscowymi” więzi kulturowych i społecznych.
Ale to tylko jedna strona medalu. Bo w szeregach salafitów coraz więcej jest także rodowitych Europejczyków, czyli, mówiąc niepoprawnie politycznie, po prostu białych.
Cóż takiego pociąga ich w radykalnym islamie? Przyczyn jest wiele – poczynając od powszechnego kryzysu wartości w dzisiejszym zachodnim świecie, braku jasnych i stałych zasad, deficytu prawdziwych autorytetów, zbyt dużego zakresu wolności – czyli słynnej „wolność do”, z którą człowiek nie zawsze umie sobie radzić, miałkości propozycji, jaką oferuje zachodnia cywilizacja – powody można byłoby mnożyć.
Do tego dochodzi element odrzucenia, dotykający osób, które z różnych względów są słabiej wykształcone, wynagradzane, mniej docenianie, niemające perspektyw rozwoju, za to silne poczucie wykluczenia. O tych właśnie ludziach wspominał kilka miesięcy temu dr Kacper Rękawek, ekspert Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych ds. bezpieczeństwa europejskiego, wskazując, że w zachodniej Europie istnieje klisza określająca je jako
osoby mające jakieś problemy, prawne, rodzinne, finansowe. „Pewnego rodzaju osłabienie, poczucie krzywdy czy odrzucenia jest potencjalnie dobrym momentem dla różnego rodzaju ugrupowań skrajnych, by taką osobę przechwycić w swoją orbitę” – stwierdził Rękawek w rozmowie z portalem Wirtualna Polska. Bardzo podobną opinię wyraził także Florian Enders z niemieckiego Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców, cytowany przez niemiecką stację radiowo-telewizyjną Deutsche Welle: „Niejednokrotnie poszukiwanie sensu życia lub kryzys życiowy stają się pożywką dla radykalnej ideologii islamskiej”.
Dla dżihadystów owi odrzuceni to właśnie idealna grupa docelowa, do której najczęściej adresują swój radykalny przekaz. Salafici podpowiadają im proste i jasne rozwiązania: oferują świat na swój surowy sposób uporządkowany, zero-jedynkowy, pozbawiony prawie zupełnie odcieni szarości – to jest dobre, a tamto złe, ten jest wierny, tamten niewierny – jasne odpowiedzi, jasny cel plus poczucie wspólnoty, którego tak bardzo brakuje współczesnemu światu – to są namacalne atrybuty islamu w wersji „hard”.
Na dodatek islamski radykalizm współgra z typową dla młodości radykalizacją postaw, poglądów i zachowań. Bywa nawet, że przynależność do salafitów traktowana jest jako coś modnego, swoisty atrakcyjny wyróżnik: „Można wręcz powiedzieć, że jest to pewien rodzaj kultury młodzieżowej” – stwierdził niedawno szef niemieckiego Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji (BfV) Hans-Georg Maaßen.

Mówca, strażak i raper
Nadzwyczajna aktywność i rosnące wpływy salafitów w minimalnym stopniu dotyczą jak na razie Polski i innych wschodnioeuropejskich państw, co wynika oczywiście głównie z przyczyn ekonomicznych i historycznych (choćby z braku tradycji kolonialnych). Ofensywa islamskich radykałów w Europie skupia się na razie głównie na Wielkiej Brytanii, Francji, Niemczech, krajach Beneluksu i państwach skandynawskich. Szczególnie ciekawy jest przypadek naszych zachodnich sąsiadów, ponieważ to właśnie tam coraz większe znaczenie wśród salafitów zyskują rodowici Niemcy, którzy konwertowali na islam. Redakcja polska Deutsche Welle w specjalnym raporcie przedstawiła sylwetki kilku takich postaci. Wśród nich jest m.in. Pierre Vogel, wyznawca islamu od 2006 r., którego radykalne wystąpienia są bardzo popularne w internecie, Sven Lau, syn katolickich rodziców, były komendant Straży Pożarnej w Mönchengladbach, który w wywiadzie zapowiedział, że salafici przyniosą niedługo szariat do Polski, czy wreszcie były muzyk i raper Denis Cuspert, noszący dziś nazwisko Abou Maleek. O tym ostatnim wiadomo, że walczył w Syrii po stronie dżihadystów i uważany jest za jednego z ważniejszych propagandystów działających na rzecz Państwa Islamskiego.
I niech nikogo nie zwiedzie relatywnie nikła liczba salafitów – z danych Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji wynika, że w czteromilionowej społeczności muzułmańskiej w Niemczech stanowią oni obecnie ledwie 7–10 tys. osób. Ale to tylko pozory. Radyklani islamiści są bowiem niebywale aktywni i na tyle prężni, że w bardzo krótkim czasie niemal podwoili swoją liczebność. Nie o liczby tu zresztą chodzi, tylko o realne wpływy, a to właśnie salafici nadają dziś dynamikę całemu ruchowi islamistycznemu w Niemczech. Są najgłośniejsi, najbardziej widoczni i najlepiej zorganizowani.

Allah w sieci
Niemieckie służby specjalne od dawna zwracają uwagę na niezwykle skuteczną działalność propagandową salafitów, stwierdzając, że stanowią oni najbardziej dynamicznie rosnące, ekstremistyczne ugrupowanie w Niemczech. Najprostszą i najczęstszą formą ich agitacji jest rozdawanie bezpłatnych egzemplarzy Koranu na ulicach niemieckich miast w ramach kampanii Lies! (Czytaj!), wymyślonej przez wspomnianego Svena Laua. Z danych szacunkowych wynika, że w ten sposób rozdano już ponad półtora miliona egzemplarzy świętej księgi islamu. Oprócz tego salafici prowadzą „Mobilne Akademie Islamskie”, przemieszczając się po terytorium całego kraju oraz niezliczone stacjonarne seminaria, konferencje, warsztaty i spotkania edukacyjne na temat własnej interpretacji islamu. Z informacji zebranych przez niemieckie specsłużby wynika, że takie organizacje jak „Prawdziwa Religia”, „Tauhid Germany” czy „Islamska Wspólnota – Narodowa Perspektywa” pod płaszczykiem działalności edukacyjnej i humanitarnej prezentują islam wojujący, stojący w opozycji do demokratycznych wartości i nawołujący do walki z „bezbożnym Zachodem”.
Główną tubą propagandową islamistów są jednak media społecznościowe: Facebook, YouTube, Twitter, na których zamieszczają pogadanki radykalnych imamów, a także prowadzą zakamuflowany werbunek. Dżihad, wojna na Bliskim Wschodzie, a także pokazowe egzekucje „niewiernych” przedstawiane są za pośrednictwem perfekcyjnie zmontowanych filmów propagandowych, jakich nie powstydziliby się najwybitniejsi spece od reklamy. Niemiecki kontrwywiad mówi wprost o „wysoce profesjonalnej aktywności w mediach” Państwa Islamskiego. „Bestialskie obrazy wykorzystuje się jako element wojny psychologicznej. Walka z cyberdżihadem należy do głównych obowiązków BfV” – oświadczył Hans-Georg Maaßen, dodając, że internet stał się dla radykalnych islamistów przedłużeniem „walki z niewiernymi”.

Stacja końcowa: zamach
Prędzej czy później nastroje wśród świeżo upieczonych salafitów zaczynają ulegać stopniowej radykalizacji. Część z nich chwyta za broń. Jak podał niemiecki tygodnik „Welt am Sonntag”, powołując się na rządowych ekspertów, przynajmniej co piąty Niemiec, który zdecydował się na wyjazd na Bliski Wschód, aby tam prowadzić dżihad, miał kontakty właśnie z salafitami, które rozpoczęły się od otrzymania bezpłatnego egzemplarza Koranu. Natomiast Federalny Urząd Ochrony Konstytucji szacuje, że na ogarnięte walkami terytoria Syrii i Iraku wyjechało z Niemiec co najmniej 680 osób, z czego około 85 poniosło śmierć. Wśród nich był m.in. Philip Bergner, student z Dinslaken w Nadrenii-Westfalii, który dokonał samobójczego zamachu w pobliżu Mosulu, zabijając 20 ludzi.
BFV podaje także, że statystycznie co trzeci z dżihadystów wraca do Niemiec. Część z nich rozczarowana wojennymi przeżyciami odsuwa się od dżihadu, a niekiedy w ogóle od islamu, zamiary reszty pozostają jednak nieznane. „Jest możliwe, że są też gotowi, by tu, w Niemczech, dokonywać ciężkich, wręcz najcięższych przestępstw” – ostrzegł szef Federalnego Urzędu Ochrony Konstytucji Hans-Georg Maaßen. Zdaniem BFV istnieją zresztą uzasadnione obawy, że radykalni islamiści chcą założyć własne państwo na terytorium Niemiec. Ich celem ma być – jak podaje Deutsche Welle – „całkowite przekształcenie państwa, porządku prawnego i społecznego w RFN i wprowadzenie na to miejsce <<Państwa Bożego>>, w którym konstytucja by nie obowiązywała”.
W ciągu kilku miesięcy tego roku w Niemczech zanotowano co najmniej kilkanaście sygnałów o możliwych zamachach terrorystycznych. Część z nich udaremniono dosłownie w ostatnim momencie. Tak było m.in. kilkanaście dni temu w Oberursel pod Frankfurtem, gdzie policja aresztowała 35-letniego Niemca pochodzącego z Turcji oraz jego żonę – Turczynkę. Mężczyzna od dawna był podejrzewany o związki ze środowiskiem niemieckich salafitów. W ich domu znaleziono uzbrojoną bombę oraz broń i amunicję. Z tego powodu władze kraju związkowego Hesja odwołały nawet wyścig kolarzy we Frankfurcie nad Menem.
Sen z powiek niemieckim służbom specjalnym spędza również działalność rozmaitych antyislamskich ruchów, w rodzaju saksońskiej PEGIDY, które rosną w siłę niemal tak samo szybko jak szeregi islamistów. To zaś stwarza pole całkiem realnego otwartego konfliktu i eskalacji napięć, a przecież tak naprawdę dokładnie o to chodzi dżihadystom: doprowadzić do polaryzacji nastrojów w społeczeństwie, wzajemnej nieufności, a w końcu do wybuchu otwartej nienawiści.
Niemieccy eksperci wskazują, że jedynym sposobem zapobiegania temu zjawisku – oprócz prewencyjnych działań policyjnych – jest solidna edukacja w szkołach i w społeczeństwie na temat tego, czym tak naprawdę jest islam, na czym polega jego salaficka radykalna odmiana i do jakich aberracji może ona prowadzić. Zdaniem Floriana Endersa z Federalnego Urzędu ds. Migracji i Uchodźców, coraz częściej można bowiem stwierdzić, że „osoby, które skłaniają się ku salafizmowi, mają niewielką wiedzę i doświadczenie w tym zakresie”. Jest to droga żmudna, niełatwa, niedająca bynajmniej żadnych gwarancji skuteczności, ale na dłuższą metę chyba naprawdę jedyna.

Źródło:
Przewodnik katolicki

Łukasz Kaźmierczak

Łukasz Kaźmierczak

Politolog, od 2003 roku dziennikarz „Przewodnika Katolickiego”. Komentator, publicysta społeczno-polityczny, autor reportaży i felietonów o tematyce górskiej i podróżniczej. Zdeklarowany maratończyk i miłośnik gór.

Poprzedni

Duch jedności i różnorodności

Następny

Mama nie zawsze taka sama

Jeszcze nie ma komentarzy. Napisz pierwszy!

Napisz komentarz