Kultura

Przylgnąłem do mistyki

Z Adamem Bujakiem rozmawia Łukasz Kaźmierczak

Pięknie się do Pana jedzie. W takiej okolicy trudno nie myśleć obrazami…
– Rzeczywiście – stąd są dwa kroki na Wawel, do klasztoru Kamedułów na Bielanach, na kopiec Kościuszki, tylko kawałek dalej do Tyńca. Tuż obok jest sanktuarium Jana Pawła II i sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Cała ta okolica jest zresztą mocno związana z osobą Karola Wojtyły. Tu pracował jako robotnik w kamieniołomie na Zakrzówku, tutaj był jego dom, tymi uliczkami się przechadzał. To była postać obecna właściwie od chwili mojego urodzenia. W tym miejscu ludzie znali się bardzo dobrze, bo ta dzielnica nazywała się kiedyś osiedle Legionowe. Tutaj mieszkali bohaterowie wojny bolszewickiej, te działki przydzielał sam marszałek Piłsudski.

Pański Ojciec też był żołnierzem?
– Tak, oficerem Legionów. Potem walczył pod Radzyminem w 1920 r. Obok okopu, w którym się schronił, wybuchła bomba i zasypała go ziemia. Odkopali go po pół godzinie. Przeżył, ale uraz został, trochę się potem jąkał. Ojciec Wojtyły też był legionistą, oni się spotykali, przecież mieli tu ledwie kilka kroków do siebie.

Rzeczywiście, Tyniecka 10, to niedaleko.
– Dom Wojtyłów stoi nadal w tym samym miejscu. To ten sam adres, pod którym zmarł Karol Wojtyła senior i gdzie przyszły papież po powrocie z pracy czuwał przez całą noc przy zwłokach ojca.

Pańskie pierwsze świadome zdjęcie?
– Zrobiłem je w szkole podstawowej pożyczonym aparatem. To był klasztor w Tyńcu. Nie mam pojęcia, gdzie są te zdjęcia. Dość szybko jednak zacząłem robić świadome fotografie. Potem, już na Akademii Sztuk Pięknych, miałem szczęście do wspaniałych profesorów, pod ich okiem mogłem praktykować sztukę tworzenia książek, albumów, kompozycji. Jeden z nich, prof. Witold Chomicz, zaprojektował okładkę mojego pierwszego albumu „Auschwitz”. Powiedział mi kiedyś: znajdź oryginalny obozowy drut z Auschwitz i przynieś do mnie. Teraz bym pewnie poszedł za to do więzienia, ale wtedy tych drutów leżało wokół obozu całe mnóstwo. No i ten drut został potem przez niego jakby wciśnięty w okładkę mojego albumu.

Co tworzy fotografie Adama Bujaka?
– To wszystko dzieje się tylko i wyłącznie w mózgu. To on naciska na palec wskazujący, który dotyka spustu aparatu. To jest chyba jakaś tajemnica.
Kiedy zrobiłem jeden z moich pierwszych albumów o Krakowie, znany fotografik Henryk Hermanowicz powiedział do mnie bardzo zdenerwowanym głosem: „Panie Bujak, pan jest jeszcze młody, proszę posłuchać: kiedy pan naciska spust, ja chowam aparat fotograficzny”. Z kolei zupełnie inaczej wypowiadał się inny wielki mistrz fotografii polskiej Edward Hartwig, z którego ust słyszałem zawsze aprobatę i ciepłe słowa. To wszystko jest więc także trochę subiektywne.

Jeszcze ktoś inny pytał: „Słuchaj, co Ty właściwie teraz fotografujesz?”.
– Tak, to słowa Ryszarda Rzepeckiego, który nieraz podchodził do mnie, mówiąc: „Pstrykasz? Bo ja tutaj kompletnie nic nie widzę”. O tak, wiele ludzi mnie indaguje: Dlaczego Pan to fotografuje i tak fotografuje? A odpowiedź na te pytania, nawet dla mnie, wcale nie jest taka oczywista.

Jak to się stało, że zaczęto nazywać Pana fotografem mistycznym?
– Tak samo jak dziś nazywają mnie fotografem papieskim. A nikt mi przecież nigdy nie nadawał tego tytułu, ja zawsze czułem się takim trochę przyklejonym do Ojca Świętego. Na zasadzie przylgnięcia – tak mi się wydaje. I bardzo mocno sobie to przylgnięcie cenię. Pyta pan o mistyczne fotografie. Mistyka dzieje się poza mną. Pamiętam taką migawkę z Janem Pawłem II na placu Świętego Piotra. To było kilka miesięcy przed jego śmiercią. Stałem może ze dwa, trzy metry od niego. W stronę papieża jechało grubo ponad sto wózków inwalidzkich. Ojciec Święty siedział niby na tronie, ale tak naprawdę to był właściwie wózek inwalidzki na kółkach. Już niemal nic nie mówił, ale nie zapomnę dotyku jego trzęsącej się ręki, kiedy przyprowadzano do niego tych wszystkich chorych, nieraz połamanych, kompletnie nieprzytomnych, coś bełkocących, ze skręconymi rękami. To było jakieś takie mistyczne wydarzenie, kompletnie nieprawdopodobne. A ja mogłem utrwalać to wszystko w obiektywie.

Podobno nigdy Pan tych fotografii nie policzył?
– Nigdy. Nie wiem, ile dokładnie zrobiłem zdjęć Ojcu Świętemu. Zacząłem jeszcze kiedy był biskupem krakowskim, a potem pstrykałem je dalej, aż w końcu doszliśmy do Watykanu. Ile ich jest? Pół miliona? Milion? Może więcej? Teraz znalazłem znowu jakieś fotografie, o których już kompletnie zapomniałem. Przeglądam, patrzę: no fajne zdjęcia z Castel Gandolfo, Ojciec Święty śpiewa sobie na dziedzińcu z młodymi ludźmi, na innych spotyka się z harcerzami. Zupełnie wyleciało mi to z głowy.

Był Pan zawsze tuż obok, o krok, prawda?
– Gdyby pan odciął palec z dłoni papieża i pokazał mi go, to bym powiedział: to na pewno Wojtyły… Taka przysłowiowa pamięć fotograficzna. Ale faktycznie, zwłaszcza te ostatnie pięć lat, aż do śmierci Ojca Świętego, byłem bardzo częstym gościem u niego. Wraz z Markiem Skwarnickim siadywaliśmy wieczorami w pokoju papieża, długo i serdecznie rozmawialiśmy. Aż w końcu ks. Dziwisz mówił: „Ojcze, może byśmy ich wreszcie wyrzucili, bo już jest wpół dwunastej?”. A papież: „To co, spotkamy się jutro?”. I rzeczywiście, za chwilę znowu się widzieliśmy.

Pańskie granice twórczości artystycznej?
– Za żadne pieniądze nie zrobię niczego, co mnie nie interesuje, nie zainspiruje. Ja nie robię książek pod zamówienie. Nikt mi nie mówi: zrób to i to. Oczywiście, fotografowanie to mój chleb, za swoje książki biorę pieniądze, ale to ja steruję tym wyborem artystycznym. Staram się także, żeby była to sfera wokół spraw Pana Boga. To może się różnie przejawiać. Poprzez sztukę sakralną, obrzędy, spotkania z konkretnymi ludźmi, nierzadko dotykanie nieznanych, kompletnie zamkniętych światów.

Choćby kameduli w obiektywie Adam Bujaka. To już przecież klasyka gatunku…
– Fotografowanie klasztorów kontemplacyjnych jest zupełnie wyjątkowym przeżyciem. Mieszkanie w klasztornych murach, wstawanie o 3.30 rano, współuczestniczenie w codziennym życiu zakonnym. Udało mi się nawet dotrzeć do całkowicie zamkniętych dla świata zewnętrznego klasztorów żeńskich czy do prawosławnych mnichów z wyspy Athos – dziś obowiązuje już tam bezwzględny zakaz fotografowania.

Przeglądałem Pańskie zdjęcia Romów. To też hermetyczny świat.
– O tak, pod wieloma względami nawet bardziej niż zakonny. Te moje cygańskie zdjęcia pochodzą z początku lat 60. Mówiąc szczerze, było to bardzo trudne zadanie, bo oni nie uznawali fotografii, a ich hermetyczność miała sztywne, ściśle wytyczone granice. A jednak udało mi się wejść w ten świat z aparatem.

Zdradzi mi Pan swój sposób?
– Może dlatego, że nigdy nie wykorzystuję moich zdjęć po to, żeby kogoś wykpić, ośmieszyć, skompromitować? Dziś przeżywamy dramat masakry w redakcji „Charlie Hebdo”. Powiem teraz coś niepopularnego, ale uważam, że to banda napadła na bandę. Jest oczywiście tragiczne, że ludzie giną, że ktoś kogoś morduje, to się nie powinno nigdy stać, ale istnieje też jakaś granica wytrzymałości. Satyrycy przekroczyli tę granicę, kpili sobie w sposób niezwykle obrzydliwy z religii – nie tylko z islamu, może jeszcze bardziej nawet z chrześcijaństwa – ocierając się w swoich rysunkach o granicę pornografii. To się nie stało bez powodu, to nie było za darmo.

Za to Pan miewał problemy raczej z powodu swojego religijnego ukierunkowania.
– Ale nie jakoś specjalnie często. Pamiętam, kiedy na początku lat 60. zaproponowałem wydanie albumu o jakimś mieście, dyrektor Wydawnictwa Sport i Turystyka zaczął przykrywać krzyże kościołów, mówiąc: „Panie Bujak, ale niech pan zobaczy, czy to nie jest lepsza kompozycja?”. A potem ten sam człowiek przeszedł niezwykłą metamorfozę.

Metamorfozę?
– To ciekawa historia. Tuż po zakończeniu stanu wojennego zdobyłem tajną Nagrodę Kulturalną „Solidarności” za fotoreportaż z pogrzebu ks. Jerzego Popiełuszki, która pomogła mi finansowo, bo ja nie miałem wówczas z czego żyć. Tenże dyrektor wydawnictwa wezwał mnie do siebie i mówi: „Panie Adamie, towarzysze z Komitetu Centralnego powiedzieli mi, żeby Pana przepędzić z wydawnictwa. My wiemy, że zdobył pan nagrodę «Solidarności»”. Wtedy ja mu zacząłem opowiadać o Popiełuszce. W pewnym momencie poleciały mu łzy i mówi: „A teraz ja muszę panu coś powiedzieć: jestem pułkownikiem kontrwywiadu wojskowego. Moja matka wychowywała mnie na człowieka wiary, ale ja się związałem z komunistyczną partią. Cała moja droga to była PZPR i walka z Bogiem. Ale to, co mi pan powiedział, to raczej mnie wyrzucą z tego wydawnictwa niż pana. Jaką pan chce książkę wydać, to ja ją panu wydam”. Poprosiłem o dwie rzeczy: o Misteria i o Chrześcijańską Ruś.

Wysoko Pan zalicytował.
– To prawda. Pokazywanie misteriów w oficjalnym obiegu było zakazane przez Biuro Polityczne partii, która absolutnie nie dopuszczała do epatowania wszelkimi przejawami pobożności ludowej. A mimo to ów dyrektor wydał tę książkę. On, pułkownik PRL-owskiego wojska, szef wydawnictwa z partyjnej nominacji, wyłamał się. Nie doszedł do ściany.

Album o chrześcijańskiej Rosji to już w ogóle półka z napisem „science fiction”.
– A jednak po kilku latach udało się i to zrealizować. Zdawałem sobie sprawę, że Związek Sowiecki jest państwem, które najbardziej prześladowało religię i właściwie to niepojęte, że gdzieś tam jeszcze jakaś świątynia się ostała. Chciałem to zobaczyć na własne oczy. I naprawdę, wpuszczono mnie do ZSRR. Objechałem Rosję od krańca do krańca: wyruszyłem od granicy z Białorusią, a zatrzymałem się na Morzu Japońskim. Przejechałem ponad 60 tys. kilometrów.

Ale jak? Jakim cudem?
– Trafiłem na czas pieriestrojki, zaczynała się nowa Rosja, lata 1988–1990, epoka Gorbaczowa, a potem wczesnego Jelcyna. Poświęciłem na to ponad trzy lata mojego życia i kilkanaście wyjazdów. Ale było warto. Spotkałem tam bowiem ludzi wielkiej wiary, niesamowite postacie, takie jak ojciec Gleb Jakunin, który siedział 12 lat w koszmarnym łagrze. Ludzi zupełnie otwartych, odważnych, niebojących się opowiadać straszne rzeczy o strasznych sowieckich czasach.

Wstrzelił się Pan idealnie w historyczny moment.
– To była dosłownie chwila wolności. Dziś rosyjska historia znów zatoczyła koło, teraz taka podróż nie byłaby już raczej możliwa. Dotarłem na przykład do sowieckich łagrów. Sprzyjały mi okoliczności. W Omsku – tam, gdzie tuż po rewolucji bolszewickiej urodziła się moja mama, sybiraczka – miejscowy arcybiskup zaproponował, że przydzieli mi księdza, który zawiezie mnie pod granicę Kazachstanu, do słynnego łagru o nazwie „Kolonia 8”. Przejechaliśmy tysiąc kilometrów, w czasie podróży zapytałem tego księdza, kim był za Breżniewa. A on na mnie tak specyficznie popatrzył i odpowiedział: „Byłem panem życia i śmierci”…

Enkawudzista…?
– Nie, pierwszy sekretarz komitetu partii… Odpowiedziałem: „Ale ja widzę uduchowionego kapłana, jak to jest?”. Znowu na mnie spojrzał dziwnie i mówi: „Jest pan lekko szpakowaty, ale może pan osiwieć, kiedy usłyszy o tym, co kiedyś robiłem”. I tak dojechaliśmy do łagru. Pokazał ręką: „Widzi pan, w tych barakach jeszcze w latach 70. trzymaliśmy świnie, a w tamtych barakach więźniów. Jak świnie nie miały co jeść, to więźniów rozstrzeliwaliśmy, otwieraliśmy drzwi i wpuszczaliśmy zwierzęta…”.

Spotkał więc Pan radzieckiego Szawła…
– Tak, taka niemal biblijna postać. Zaczął opowiadać mi o swojej wielkiej przemianie: „Wszedłem do jedynej na przestrzeni tysiąca kilometrów cudem ocalałej świątyni. W środku widzę jakiegoś towarzysza przybitego do krzyża, obok jakiś obraz z kobietą trzymającą chłopczyka na rękach. Zupełnie nie wiedziałem, co to są za postacie. Tak bardzo byłem zateizowany. Wołam batiuszkę, tłumaczy mi i czuję, że to mnie roztapia od środka. I tak przyszedłem do wielkiej wiary w Chrystusa”.

Mocna historia.
– Tam same takie. Wiele widziałem. Dotarłem na Sołowki, przeszedłem je wzdłuż i wszerz. Potworne miejsce. Byłem m.in. w słynnym sołowieckim monastyrze, gdzie zobaczyłem cele niskie na metr, takie makabryczne, wydrążone dziury, to było coś tak przerażającego, że nie dało się tam długa wytrzymać.
O, proszę zobaczyć, tutaj z kolei mam brzozowy krzyż z osławionego tobolskiego łagru – przechodzi przez niego drut, przez który płynął prąd wysokiego napięcia, a w to wpleciona jest gałązka wyschniętych jabłuszek z sadu, który wyrósł z ludzkich wnętrzności, bo więźniowie nie byli w stanie ich strawić. Nie ma na świecie zdjęć, które byłyby w stanie oddać taki koszmar.

Pan jednak nie unika podobnych tematów. Teraz znów będzie Auschwitz?
– Będzie. Jakiś czas temu zrobiłem w Auschwitz zdjęcia byłych więźniów: nieżyjącego już dziś niestety aktora Augusta Kowalczyka oraz izraelskiej pisarki Haliny Birenbaum. Materiał świetnie się udał, chcę z tego zrobić książkę. To dwie niesamowite postacie: on osadzony był w celi śmierci i zdołał uciec z obozu, ona siedziała już w komorze gazowej, ale ocalała, bo zabrakło gazu. Zapytałem ją kiedyś: „Halino, powiedz mi, ty doświadczyłaś takich skrajnych rzeczy, przeżyłaś prawdziwe piekło, a masz w sobie tyle miłości i życzliwości?”. A ona na to: „Tak, ja kocham ludzi”. I to święta prawda, proszę sobie wyobrazić, że ona, stuprocentowa Żydówka potrafi napisać do mnie nawet kartkę na Boże Narodzenie.

Dlaczego chce Pan tam wracać?
– Wracam dziś do tego „koszmaru świata”, bo ludzie zapominają, przestają wierzyć. Wspomniana Halina Birenbaum, która osobiście oprowadza wycieczki z Izraela po obozie, mówi, że kiedy opowiada o tym, iż największą oprawczynią na jej bloku była Żydówka i o tym wszystkim co tam tak naprawdę przeżyła, inne przewodniczki przerywają jej, zaprzeczają, nie chcą wierzyć. Ten album jest więc niezwykle potrzebny.

Cały czas znajduje Pan nowe inspiracje?
– Znajduję. Teraz robię choćby wielką książkę o Zmartwychwstaniu Pańskim: ostatnie dni życia Jezusa Chrystusa, czyli od Niedzieli Palmowej aż po Wniebowstąpienie. Mam to wszystko udokumentowane w dziełach sztuki. Jeździłem po całej Polsce i po świecie, zbierając materiały w różnych, często zupełnie zapomnianych miejscach. Odkryłem np. miejscowość Koziegłowy koło Częstochowy, a w niej kościół z freskami, które wyglądają tak jakby były namalowane przed chwilą. Te freski to jest zjawisko, cała męka Chrystusa, łącznie z Chrystusem w grobie i zmartwychwstaniem. Człowiek staje przed czymś takim w niemym zachwycie. To jest jak modlitwa obrazami.

Inne plany?
– Och, te plany zależą nie tylko ode mnie…

Bo, cytując Adam Bujaka: „Jestem już w wieku poborowym”?
– Nie boję się śmierci. Kompletnie. W tym roku obchodzę pół wieku odkąd wstąpiłem do Arcybractwa Dobrej Śmierci. Teraz jestem tam bratem starszym. Od lat modlimy się ze współbraćmi o to, abyśmy uniknęli nagłej i niespodziewanej śmierci. Powtarzamy: „Memento homo mori” – „Pamiętaj człowiecze o śmierci, a za grzechy pokutuj”.
Dla mnie śmierć jest pięknym akcentem kończącego się życia, przejściem do życia wiecznego. Bardzo bym pragnął umrzeć tutaj, na tym łożu, na którym teraz siedzimy i rozmawiamy, w otoczeniu najbliższych, pojednany z Panem Bogiem, wiedząc, że odchodzę. Tak jak odchodził Ojciec Święty.

Adam BujakAdam Bujak – znakomity polski fotografik, członek Związku Polskich Artystów Fotografików oraz Royal Photographic Society w Londynie. Przez ponad 40 lat uwieczniał na zdjęciach życie i posługę kapłańską Jana Pawła II. Autor ponad 130 albumów fotograficznych, które sprzedały się ogółem w liczbie około 3 mln egzemplarzy. Laureat wielu nagród krajowych i międzynarodowych, m.in. Nagrody Fundacji Dzieło Nowego Tysiąclecia „Totus 2003” za „osiągnięcia w dziedzinie kultury chrześcijańskiej”.

Źródło:
Przewodnik katolicki

Łukasz Kaźmierczak

Łukasz Kaźmierczak

Politolog, od 2003 roku dziennikarz „Przewodnika Katolickiego”. Komentator, publicysta społeczno-polityczny, autor reportaży i felietonów o tematyce górskiej i podróżniczej. Zdeklarowany maratończyk i miłośnik gór.

Poprzedni

Rodzina TV

Następny

Obce ciało

Jeszcze nie ma komentarzy. Napisz pierwszy!

Napisz komentarz