Edukacja i rozwój

Mama nie zawsze taka sama

Kiedy biologiczna mama nie może wypełnić swojej roli, znajduje się ktoś, kto adoptuje, kto staje się rodziną zastępczą. Nie zajmie jej miejsca, ale zrobi wszystko, by pustka po mamie bolała jak najmniej.

Trzy razy mama
Pani Agnieszka po raz pierwszy została mamą Klaudii. Dziewczynkę poznała, pracując w domu dziecka, w którym pojawiło się trzytygodniowe niemowlę. Karmiła ją kiedyś, gdy akurat przyszedł jej narzeczony. Spojrzał na dziewczyny i powiedział: – O, taką córeczkę mógłbym mieć!
Kiedy młodzi się pobrali, pomyśleli o stworzeniu dla Klaudii rodziny zastępczej. Przy okazji Klaudii dostali również jej mamę. Mama jest chora, zarówno fizycznie, jak i psychicznie. Choroba wciąż postępuje, mama porusza się już tylko na wózku i nie jest w stanie funkcjonować samodzielnie, gdzież więc mówić o opiece nad dzieckiem. Pani Agnieszka z mężem troszczą się i o nią, zawożą do lekarzy, próbują znaleźć przyczynę choroby. Prawdopodobnie to geny – Klaudia też może zachorować, ale skoro nie można temu zapobiec, trzeba zrobić dla dziecka wszystko, co tu i teraz jest możliwe. Jeśli będzie miała dobrą opiekę, może nie będzie tak źle. Na razie tylko rączka szybciej jej się męczy, poza tym jest okazem zdrowia. Czytać nauczyła się zupełnie sama, ma doskonałą pamięć i jest ukochaną córeczką tatusia. A jeśli ktoś nie wie, że są rodziną zastępczą, zawsze się zachwyca, jak Klaudia jest podobna do taty.
Drugi raz pani Agnieszka została mamą Mai. Próbowała zajść w ciążę, leczyła się, ale efektów nie było. Postanowili więc z mężem przyjąć do domu drugie dziecko. W ten sposób w ich domu pojawiła się roczna Maja. Maja miała biologiczną mamę, ale w pogotowiu mówiono, że jest dzieckiem przeznaczonym do adopcji, że mamie zostanie odebrana władza rodzicielska. Mama nie interesowała się córką, nie przyjeżdżała. Tyle że w sądzie zaczęła opowiadać, jak bardzo zależy jej na odzyskaniu dziecka.

Na zawsze razem
Pani Agnieszka z mężem zaczęli rozmawiać z biologiczną mamą Mai. Tłumaczyli, że dla zbudowania relacji z dzieckiem potrzeba częstszych kontaktów. Że musi zdobyć pracę, że musi mieć odpowiednie mieszkanie. – Dużo łatwiej jest stracić dziecko, niż je potem odzyskać – mówi pani Agnieszka. – Mama Mai zaczęła przyjeżdżać coraz częściej. Przy spotkaniach obecny był zawsze pracownik socjalny, ja się wycofałam. Musiałam się wycofać, bo jeśli Maja miała nawiązać więź z mamą, nie mogła siedzieć u mnie na kolanach. Wspieraliśmy mamę, powtarzaliśmy jej, że jest na dobrej drodze. Mama zapisała się na kurs rodzicielstwa, przeprowadziła do wujka, który bardzo jej pomógł. Robiliśmy wszystko, żeby ją wspierać, bo wiedzieliśmy, że jeśli Maja ma wrócić do biologicznej mamy, powinno to nastąpić jak najszybciej. Maja z mamą spędziła najpierw Boże Narodzenie, obie były szczęśliwe. Zaczęliśmy wtedy szturmować sąd, żeby jak najszybciej podjął decyzję. W tej chwili Maja jest już u mamy, na urlopie na czas prowadzenia postępowania. Ona mówi mamie, że ją kocha, a mama jest zachwycona, że może opiekować się córką.
Rozstanie z dzieckiem zawsze boli. Maja mieszkała w domu pani Agnieszki prawie rok. – Mieliśmy świadomość, że jeśli tylko Maja może wrócić do swojej mamy, my nie możemy jej tego zabronić – tłumaczy pani Agnieszka. – Każde dziecko ma prawo być ze swoją mamą, jeśli to tylko jest możliwe. Stwierdziliśmy, że my jesteśmy dorośli, my sobie z bólem poradzimy, a dla niej dobry jest powrót. Klaudia niewiele pamięta z czasów, kiedy była w domu dziecka, choć była dużo starsza od Mai. Jest szansa, że Maja też nie będzie pamiętała czasu przed mamą. Dla nas to trudne, ale mamy też satysfakcję, że udało nam się je połączyć, że już na zawsze są razem.
Trzeci raz pani Agnieszka została mamą Filipa. Jeden z księży, z którymi rozmawiali o trudnościach z poczęciem dziecka powiedział, że została im już tylko nowenna do św. Judy Tadeusza. Zaczęli się modlić. Ale coś wydarzyło się w rodzinie i w trakcie zmienili intencję nowenny. Drugą nowennę, którą zaczęli w intencji dziecka, również oddali komuś potrzebującemu. Dopiero trzecią udało im się ukończyć, a zaraz potem okazało się, że Agnieszka jest w ciąży. Urodziła pięknego i zdrowego Filipa.
– Filip dla Klaudii to po prostu braciszek. Pęka z dumy, kiedy idziemy z nim do przedszkola, wszyscy go podziwiają, a ona może powiedzieć: „To mój brat!”. Pyta, dlaczego inaczej się nazywa. Tłumaczę wtedy, że ma swoje, piękne nazwisko. Ją urodziła mama Monika, ja urodziłam Filipa, ale to jest jedyna różnica między nimi.

Jaka piękna katastrofa
Pani Monika mieszka pod Warszawą. Dziećmi, które nie mogą pozostawać pod opieką rodziców, zajmuje się od 20 lat. Zaczynała jako wolontariuszka. Znajomi szukali zaprzyjaźnionego domu dla chłopca z sierocińca. Chłopiec miał pięć lat i ze względu na niepełnosprawność ręki, nie mógł z innymi dziećmi wyjechać na wakacje pod namioty. – Początkowo myśleliśmy o znalezieniu dla niego miejsca u przyjaciół – wspomina pani Monika. – My mieliśmy wówczas troje własnych dzieci i mieszkaliśmy w 17-metrowym pokoju w mieszkaniu rodziców. Adasiem jednak nie miał się kto zająć, wszyscy mieli swoje plany albo obawiali się odpowiedzialności. Poszłam do kościoła i powiedziałam: „Panie Jezu, ja mam w sercu wielkie pragnienie, ale czy to nie będzie nieodpowiedzialne? Co z tego, że ja chcę, skoro poza moim zainteresowaniem nie mogę dać temu dziecku nic, ani wyjazdu wakacyjnego, ani przestrzeni w mieszkaniu? Co mam zrobić?”. Podniosłam wzrok i zobaczyłam napis: „Kto przyjmuje jedno z najmniejszych, Mnie przyjmuje”. Pobiegłam szybko do męża i uznaliśmy, że spróbujemy. Moi rodzice byli wtedy na wakacjach, dwa tygodnie opieki nad Adasiem miały szybko minąć. I minęły, ale on nie chciał wracać do domu dziecka. Został na całe wakacje, dołączyła do niego 12-letnia siostra. I tak zaczęła się ta przygoda, wcale nie łatwa, ale wspaniała, podczas której doświadczamy prawdziwych cudów.
Pani Monika przez 11 lat zabierała do siebie dzieci z domu dziecka jako rodzina zaprzyjaźniona, na własny koszt. Wiedziała, że żaden sąd nie przyzna opieki rodzinie z pięciorgiem wówczas własnych dzieci, bez własnego mieszkania. Ale sprawa ją męczyła. Pani Monika należy do wspólnoty rodzin szensztackich, zaczęła się więc modlić za wstawiennictwem założyciela, o. Józefa Kentenicha. Najpierw o to, by mogła być rodziną zastępczą dla Adasia.
– Wydawało się, że sprawa jest przegrana – wspomina. – Wizyta pani kurator to była prawdziwa katastrofa. Mnie nie było w domu, a dzieci wpuściły ją, choć wiedziały, że nie wolno nikomu otwierać. Pies wyskoczył na powitanie prosto z pościeli, ściągając za sobą kołdrę i ciągnąc ją na pół pokoju. Dzieci rzuciły się poprawiać łóżko i usłyszały od pani kurator, że łóżka ścieli się rano. Potem w sądzie dyrektor domu dziecka, która w międzyczasie się zmieniła, zeznawała zupełnie inaczej niż my. Nie mieliśmy skończonego kursu, nie przechodziliśmy badań. Mama Adasia, która przez lata nic nie robiła, by zabrać go z domu dziecka, nagle nie chciała go oddać. Byłam przekonana, że kiepsko to wygląda i że Adasia nie dostaniemy. Wtedy zobaczyłam na sądowej ławce wizerunek o. Kentenicha, musiał wypaść mi z torebki. Pomyślałam: „Dobrze, ojcze, że z nami tu jesteś!”. A pani sędzina, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, wyraziła zgodę, by Adaś zamieszkał z nami.

Z niemiecką precyzją
Czas cudów w rodzinie pani Moniki trwał. Ona sama pojechała do Szensztat, żeby podziękować za Adasia. Pojechała bez jednego euro i martwiła się, skąd weźmie prezenty dla dzieci. Wtedy przyszła siostra zakonna ze stosami czekolad i ubrań do rozdania. To ośmieliło panią Monikę, która postanowiła prosić Boga o więcej. Przede wszystkim o dom albo duże mieszkanie, żeby mogła zajmować się kolejnymi dziećmi – albo o to, żeby Bóg odebrał jej to pragnienie, żeby się z nim nie męczyła. – Napisałam na kartce o wszystkim, czego potrzebuję, i wrzuciłam ją do stągwi w Szensztat – mówi pani Monika. – A potem, z niemiecką precyzją, prośba po prośbie, wszystko było spełnione! Dostaliśmy mieszkanie, 153 metry na Brackiej w Warszawie, ze stiukami i złotymi klamkami, w największym pokoju można było jeździć na rowerze. Dla siebie Bóg wybrał stajnię, a dla tych niechcianych i porzuconych dzieci znalazł prawdziwy pałac!
W mieszkaniu na Brackiej pani Monika prowadziła pogotowie opiekuńcze. Przyjaciele przynosili pieluszki i wózki dla maluchów. Samochód wymodliły same dzieci. – Modliłam się o niego najpierw sama, ale jakoś bez skutku. Wreszcie powiedziałam dzieciom: – Coś się chyba w niebie zatkało, musicie narysować samochód i się o niego pomodlimy. Niedługo potem przyjaciele podarowali nam samochód dla dziewięciu osób. Kuchenkę mikrofalową też wymodliliśmy. Ja bardzo lubię zwierzęta, mąż mówił, że najpierw trzeba mieć na to dom z ogrodem. I znów zaczęliśmy się modlić, był październik, a w lutym dostałam wiadomość, że jest taki dom do objęcia. Był w nim nawet kojec dla psów!

Kolorowy świat
Własnych dzieci pani Monika ma dzisiaj siedmioro, jeden z synów jest już w niebie. Przez jej dom przeszło około czterdzieściorga dzieci. – To dzieci z wielkim cierpieniem – tłumaczy pani Monika. – Wydaje nam się czasem, że można je wyjąć z ich rodzinnych domów i przesadzić gdzie indziej, a one będą szczęśliwe, bo otrzymają doskonałe warunki. A czy kobieta kochająca swojego męża byłaby szczęśliwa, gdyby z dnia na dzień wywieźć ją do pałacu arabskiego szejka i nie pozwolić na żaden kontakt z najbliższymi? Czy cieszyłaby się, że jest wygodnie i że jada na złotych talerzach? Nawet, jeśli w rodzinach tych dzieci działo się bardzo źle, one chcą być ze swoimi rodzicami, a ten nowy świat jest dla nich obcy. Na dodatek często jest to świat wymagający: w rodzinnym domu nie musiały się uczyć, nie musiały sprzątać, mogły robić to, co chciały. Buntują się przeciwko nowym zasadom. Trudno jest im też uwierzyć w Boga, który zgotował taki los. Bardzo trudnym zadaniem jest pokazać im, że Bóg jest miłością i że wyciąga do nich rękę. Jeśli ktoś nie zrozumie, dlaczego dziecko tę rękę gryzie, nie będzie mógł się nim zajmować.
Celem rodzin zastępczych jest nie tylko opieka nad dzieckiem, ale również umożliwienie powrotu dziecka do biologicznej rodziny. – Kiedy pojawia się rodzic biologiczny, staram się usunąć w cień. Nie przywłaszczam sobie dziecka – mówi pani Monika. – Pan Bóg mnie do tego przygotowywał. Doświadczyłam trudnych rzeczy w moim życiu, dlatego teraz nie patrzę na nikogo z wyższością. Może mi się nie podobać to, co robią biologiczni rodzice, ale ich szanuję. Nie staram się zająć miejsca mamy: mama w sercach tych dzieci jest zawsze na pierwszym miejscu. Ja staram się być towarzyszem, dobrą ciocią, która pomoże, podeprze, podpowie. One nazywają mnie mamą albo ciocią, ale to ich wybór, a ja szanuję ich wybory. Chciałabym im pokazać, że świat nie jest szarobury, ale ma wiele barw i odcieni. Chciałabym, żeby odkryły swoje talenty, żeby znalazły swoją drogę, żeby przerwały błędne koło i nie skończyły jako petenci opieki społecznej. Chciałabym im pokazać, że warto żyć.

Źródło:
Przewodnik katolicki

Monika Białkowska

Monika Białkowska

Poprzedni

Swojska twarz dżihadu

Następny

Więcej niż marketing

Jeszcze nie ma komentarzy. Napisz pierwszy!

Napisz komentarz