Ekonomia i gospodarka

Himalaje cierpienia

Zdjęcia zniszczonego przez trzęsienie ziemi Nepalu wbijają w fotel. Odbudowa jednego z najbiedniejszych państw świata potrwa dziesiątki lat.

Kilka dni po kataklizmie dramatyczne doniesienia z Nepalu zaczęły schodzić z żółtych pasków serwisów informacyjnych. Ale dramat tego kraju trwa nadal. Wystarczy garść liczb: 8 mln osób dotkniętych skutkami trzęsienia ziemi, 4,2 mln potrzebujących natychmiastowego dostępu do wody, sanitariatów i opieki medycznej – w tym, jak szacuje UNICEF, blisko 2 mln dzieci; prawie 16 tys. kompletnie zniszczonych domów, a kolejne pół miliona poważnie uszkodzonych. I można by tak długo wyliczać. W przypadku Nepalu – tak jak kilka lat temu na Haiti – mamy do czynienia z katastrofą humanitarną na ogromną skalę, która nie skończy się ot tak, wraz z zaprzestaniem wstrząsów płyty tektonicznej. Bo setki tysięcy uchodźców jeszcze bardzo długo nie będą miały ani gdzie, ani za co żyć. Czekają ich miesiące, może nawet lata wegetacji w prymitywnych warunkach pod namiotami, na garnuszku międzynarodowej pomocy humanitarnej. I to pod warunkiem, że świat nie zapomni. Jedyna nadzieja w tym, że teraz zacznie wreszcie dostrzegać, że Nepal to nie tylko majestatyczne Himalaje.

Najbardziej sejsmiczne miejsce świata
O groźbie trzęsienia ziemi w Nepalu mówiło się od bardzo dawna. Ba – przewidywano nawet, skądinąd całkiem słusznie, jak duże może mieć ono rozmiary. „Katastrofa, do jakiej doszło w Nepalu, musiała nastąpić. Nie było tylko wiadomo, kiedy dokładnie stanie się faktem” – stwierdził w rozmowie z portalem Interia prof. Stanisław Lasocki, kierownik Zakładu Sejsmologii w Instytucie Geofizyki Polskiej Akademii Nauk, przypominając, że kraj ten leży w rejonie kolizji dwóch płyt tektonicznych: indyjskiej i euroazjatyckiej. Wynikiem tej kolizji jest choćby powstanie samych Himalajów. Tymczasem już kilka miesięcy temu, w grudniu 2014 r., sejsmolodzy nepalscy ostrzegali, że krajowi grozi w bliskiej perspektywie czasu potężne trzęsienie ziemi, które szacowali nas około 8 stopni w skali Richtera (i faktycznie nie pomylili się bardzo – jego siła wyniosła 7,8 stopni), wskazując, że w Dolinie Katmandu co 70–80 lat dochodzi do wstrząsów na podobną skalę. W tym kontekście przypominali, że od ostatniego gigantycznego wstrząsu, które zniszczyło Katmandu, minęło 81 lat. Jeszcze tydzień przed tragedią w stolicy Nepalu odbywała się konferencja naukowa, podczas której ostrzegano przed możliwym kataklizmem, argumentując, że Katmandu uważane jest przez sejsmologów za najbardziej zagrożoną trzęsieniem ziemi stolicę na świecie. Przestrzegano przy tym, że skala zniszczeń może być olbrzymia, nie tylko ze względu na siłę wstrząsów, ale także z powodu olbrzymiego zagęszczenia ludności w Dolinie Katmandu (żyje tam ponad 1,5 mln ludzi) oraz zbyt lekkiej, wręcz rachitycznej konstrukcji tamtejszych budynków. „To walące się budynki zabijają ludzi, nie samo trzęsienie ziemi. Gdybyś mieszkał na płaskiej pustyni, trzęsienie ziemi nic by ci nie zrobiło” – tłumaczył później w wywiadzie dla agencji AP sejsmolog James Jackson.
Wszystkie te ostrzeżenia zostały jednak w praktyce zignorowane. Co prawda od kilku lat usiłowano w Nepalu wprowadzać Narodową Strategię Zarządzania Ryzykiem Katastrof i bardziej restrykcyjne przepisy budowlane po to, by przygotować odpowiednią infrastrukturę antysejsmiczną, ale większość z tych rozwiązań pozostała jedynie na papierze. Dlaczego tak się stało? To proste, taka infrastruktura jest po prostu bardzo droga. I tutaj właśnie dochodzimy do sedna całego nepalskiego problemu.

Balans między miliardami
Pod Himalajami brakuje pieniędzy dosłownie na wszystko. Nepal uznawany jest wszak za najbiedniejsze państwo w Azji i w ogóle jedno z najbiedniejszych na świecie. Przez lata kraj zmagał się z wyniszczającą wojną domową, a jeszcze do niedawna rządy w Katmandu sprawowali radykalni komuniści spod znaku Mao. Od kilku lat Nepal próbuje co prawda wyjść na prostą, ale jest słaby, niestabilny, skorumpowany i – jak na warunki azjatyckie – niezbyt duży, choć relatywnie bardzo ludny. Według różnych szacunków zamieszkuje go dziś 28–30 mln ludzi (przy powierzchni ponad dwukrotnie mniejszej od Polski). Na dodatek ma kiepskie położenie geograficzne, sytuując się między dwoma azjatyckimi potęgami, a zarazem najludniejszymi państwami świata: Chinami i Indiami.
– Nepal oddzielony jest od Chin Himalajami, więc wpływ sąsiada z północy jest mniejszy, choć istnieje, choćby w postaci działalności miejscowych ugrupowań maoistycznych. Mówi się natomiast, że co stuknie i zabrzęczy w Delhi, odzywa się zaraz echem w całym Nepalu. Wpływ Indii jest naprawdę przemożny – kulturowo Nepal to jest kraj subkontynentu indyjskiego, przede wszystkim ze względu na to, że dominującą religią jest tam hinduizm – opowiada Bartłomiej Wróblewski, podróżnik, zdobywca Korony Ziemi, który w Nepalu był aż czterokrotnie.
Nepal balansuje więc między dwoma miliardowymi populacjami, nie mając tak naprawdę zbyt wiele do zaoferowania poza samymi Himalajami.

Himalaje i reszta
Ponad 80 proc. powierzchni kraju pokrywają góry o średniej wysokości około 6000 m n.p.m., które z jednej strony są błogosławieństwem Nepalu, z drugiej zaś jego przekleństwem. Kraj nie ma rozwiniętego własnego przemysłu, nie wydobywa żadnych surowców, siłą rzeczy więc żyje niemalże wyłącznie z gospodarki naturalnej. Rolnictwo stanowi nadal podstawę miejscowej gospodarki, jednak w warunkach górskich jego wydajność jest mizerna.
Niewiele jest wysp nowoczesności, nawet w stolicy kraju, Katmandu. – To jest typowo azjatyckie, niezwykle ruchliwe, biedne miasto, w którym ruch przypomina to, co się dzieje w mrowisku. Dla zewnętrznego obserwatora sprawia ono wrażenie takiego pulsującego chaosu. Wydaje się, że nic tam dobrze nie funkcjonuje, co chwila wysiada elektryczność, awarie są na porządku dziennym, podobnie jak strajki. Komunikacja, urzędy – wszystko to działa od przypadku do przypadku. Do tego dochodzi olbrzymia niestabilność polityczna, gospodarcza i społeczna, która charakteryzuje niemal cały kraj – wylicza Bartłomiej Wróblewski.
Paradoksalnie, właściwie jedynymi bardziej cywilizowanymi regionami Nepalu są te, które znajdują się u podnóża trudno dostępnych Himalajów, gdzie mieszkają Szerpowie. Tam znajduje się centrum światowego himalaizmu oraz zagranicznego ruchu turystycznego, zatem i pomoc międzynarodowa od dawna jest kierowana głównie w te okolice. Dzięki temu w Himalajach niemal w każdej wsi jest już szkoła, pojawiają się małe elektrownie, budynki socjalne, służba zdrowia, internet. Jak jednak zaznacza Bartłomiej Wróblewski, Szerpowie nie są grupą reprezentatywną, ponieważ jak na tamtejsze warunki są ludźmi bardzo majętnymi: przeciętny dochód roczny w Nepalu to około 700 dolarów na osobę, natomiast Szerpa w czasie jednej wyprawy wysokogórskiej może jako przewodnik i tragarz zarobić nawet kilka tysięcy dolarów.
Poza Himalajami istnieją jednak w Nepalu ogromne obszary znajdujące się poza głównymi szlakami komunikacyjnymi, gdzie nadal jest wiele miejsc jakby żywcem przeniesionych sprzed kilku wieków, bez jakichkolwiek śladów ożywienia gospodarczego czy cywilizacyjnego. I to właśnie te najbiedniejsze regiony kraju najbardziej ucierpiały na skutek niedawnego trzęsienia ziemi.

Ucieczka spod Everestu
Dziś już wiadomo, że liczenie strat, jakie spowodował śmiercionośny kataklizm, nie będzie ani proste ani tym bardziej szybkie. Podobnie jak szacowanie ofiar w ludziach. Ostrożne szacunki mówią o 10 tys. osób, ale to nadal może być za mało wobec rzeczywistej skali tragedii. Dużo za mało. Z kolei robione „na kolanie” przez ekonomistów wyliczenia wskazują, że trzęsienie ziemi może kosztować biedny Nepal nawet jedną czwartą rocznego PKB. Zniszczeniu uległy bowiem nie tylko budynki, ale także drogi i infrastruktura, których i tak nie było w tym kraju za dużo. Na dodatek epicentrum wstrząsów znajdowało się w najciekawszych regionach turystycznych, a przecież to właśnie turystyka stanowi jedno z najważniejszych źródeł dochodu kraju. Mówi się nawet, że Nepal jest wręcz uzależniony od turystyki. Najbardziej dotkniętymi przez kataklizm miastami są Katmandu, Lalitpur oraz historyczne miasta Bhaktapur i Patan. W Katmandu, gdzie szkody objęły około 20 proc. miasta, zniszczone zostały najcenniejsze zabytki wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO, m.in. słynna stołeczna starówka Durbar Square z historycznymi hinduistycznymi świątyniami, na czele z unikatową Świątynią Małp.
Do tego doszła tragiczna lawina w masywie najwyższej góry świata – Mount Everestu, która spowodowała śmierć co najmniej 18 osób. Jak wskazuje Bartłomiej Wróblewski, w przypadku turystyki górskiej w Nepalu mamy do czynienia z trwająca od kilku lat prawdziwą seria złych wiadomości. Zaczęło się od 2013 r., kiedy grupa Szerpów pobiła kilku zachodnich wspinaczy w pobliżu obozu II na Evereście. Rok później w lawinie na lodowcu Khumbu zginęło 16 Szerpów. Teraz lawina spadła bezpośrednio na Base Camp pod Everestem – ten sam obóz, w którym przez półtorej miesiąca mieszkał poznański podróżnik.
– Lawiny wokół obozu się zdarzają, ale są nieduże, i nie stwarzają niebezpieczeństwa dla samego Base Campu. Ja w każdym razie nie słyszałem, żeby kiedykolwiek wcześniej zasypało obóz główny na Evereście. Tego nikt się nie spodziewał – mówi Wróblewski. Wszystkie te wydarzenia spowodują więc zapewne dalsze pustoszenie nepalskich szlaków, tym bardziej że już w tym roku część turystów przeniosła się z Nepalu do Chin. Tymczasem pieniądze z himalaizmu są potrzebne dziś Nepalowi jak nigdy przedtem, bo odbudowa kraju pochłonie z całą pewnością dziesiątki miliardów dolarów.
Ogromnym problemem jest także dystrybucja pomocy międzynarodowej. A do tej pory bywało z tym nie najlepiej. Nepalskie władze są słabe, skorumpowane, więc środki pomocowe z zagranicy były częściowo rozkradane, marnotrawione, albo trafiały nie tam gdzie trzeba. O miejscowych trudnościach przekonał się sam Bartłomiej Wróblewski, który wraz z Fundacją Redemptoris Missio próbuje od wielu miesięcy, na razie bezskutecznie, doprowadzić do rozpoczęcia budowy szkoły i izby położnej w Ilamie – jednym z najbiedniejszych regionów kraju leżącym w pobliżu granicy z Indiami.
Mimo to międzynarodowa pomoc humanitarna – począwszy od namiotów, a skończywszy na śmigłowcach – jest w tej chwili dla Nepalczyków jedynym ratunkiem. Nie chodzi już nawet o poprawy warunków bytu, ale wprost o przeżycie. I tak będzie jeszcze bardzo, bardzo długo.

Zbiórkę środków na pomoc ofiarom trzęsienia ziemi w Nepalu prowadzi Caritas Polska. Pieniądze można wpłacać na konto Caritas Polska z dopiskiem NEPAL; Bank PKO BP S.A. 70 1020 1013 0000 0102 0002 6526 lub Bank Millennium S.A. 77 1160 2202 0000 0000 3436 4384. Wsparcie ofiarom kataklizmu można okazać również, wysyłając SMS charytatywny z hasłem POMAGAM na numer 72052 (koszt 2,64 zł z VAT).

Źródło:
Przewodnik katolicki

Łukasz Kaźmierczak

Łukasz Kaźmierczak

Politolog, od 2003 roku dziennikarz „Przewodnika Katolickiego”. Komentator, publicysta społeczno-polityczny, autor reportaży i felietonów o tematyce górskiej i podróżniczej. Zdeklarowany maratończyk i miłośnik gór.

Poprzedni

Ogień i Wiatr…

Następny

Czy Polacy uratują Asię Bibi?

Jeszcze nie ma komentarzy. Napisz pierwszy!

Napisz komentarz